Chwała Zeusowi, wichrom, ziemi i ogniu! Wszystkim bytom widzialnym i niewidzialnym, pogańskim bóstwom i innym siłom nadprzyrodzonym!

Miał miejsce zamach, dla normalnego człowieka zawsze noszący znamiona tragedii. Zamach, który zabrał żniwo w postaci dziesiątek, jeśli nie setek istnień ludzkich. W Turcji był zamach terrorystyczny. Wiecie, wybuchł samochód – pułapka, a siła rażenia była tak ogromna, że rozwaliła wszystko w promieniu pięćdziesięciu metrów. W Berlinie jakiś psychopata zaczął rozjeżdżać ludzi; to samo wydarzyło się w Londynie. Na manchesterskiej arenie wybuchła bomba. Zginęli ludzie.

Ale co z tego? Zgonów mogłoby być tysiące, ale dla nas liczy się tylko jedno. Jedno stwierdzenie, które łączy nas tak bardzo, że bliźniaki syjamskie to przy tym pikuś.

“MSZ uspokaja. Wśród ofiar nie ma Polaków.”

Szanowne media,

Czy wy myślicie, że skoro nie mamy nic wspólnego z ludźmi, którzy potencjalnie mogliby się na miejscu zamachu znajdować, będziemy się tym przejmować? Robienie z tego osobnych artykułów śledczych i dochodzeń, czy aby na pewno żaden nasz rodak nie ucierpiał w wybuchu czy innym chorym wydarzeniu spowodowanym przez równie chorego ekstremistę, jest totalnie bez sensu.

A to dlatego, że z natury jesteśmy cholernymi egoistami. W większości przypadków. Skoro nie obchodzi nas to, czy pani Krysia z warzywniaka za rogiem nie zeszła dziś na zawał, to czemu nagle zaczynamy interesować się tym, czy jakiś nasz rodak został ofiarą ataku terrorystycznego? Prawda jest taka, że dopóki nasi bliscy nie są zagrożeni, my mamy to głęboko gdzieś. I nie ma żadnego znaczenia czy ofiarą jest ktoś, kogo minęliśmy pod blokiem idąc do pracy czy osoba z drugiego końca kraju, której nigdy w życiu nie ujrzelibyśmy na oczy.

Ale wiecie – dopóki jest to śmierć z przyczyn “cichych”, nie mających żadnego wpływu na żarcie w Internecie, nikt o tym nie napisze.

Nikt nawet nie spojrzy na to, ilu Polaków i Polek bezpowrotnie znika za granicą dopóki ze sprawą śmierci nie może być powiązany muzułmanin. Nikt nie wspomni słowem o tym, że jakiś pijany kretyn zabił dziecko przechodzące przez jezdnię, dopóki nie jest to pokaźna grupa osób. I niech do tego będą to homoseksualiści, to mamy gwarantowanie internetowe jedzenie przez tydzień. Co najmniej.

Mało kto udzieli pierwszej pomocy osobie leżącej na ulicy, bo przecież to zapewne zwyczajny żul. Chyba, że jest w garniturze, to może wtedy jakiś czek wypisze za pomoc.

Wiem. I tak tego nie zmienię. Ale nasuwa mi się na myśl jedno, zasadnicze pytanie.

W czym lepszy jest polski mechanik samochodowy od włoskiego taksówkarza?

Nie wiem. Może chodzi tu o to, że ten drugi nie rozlicza PITów w Polsce, więc nie ma co o nim mówić i jego życie jest już drugoplanowe?

Wiecie, czemu tak się dzieje? Sprawa jest oczywiście prosta, a odpowiedź nasuwa się tutaj sama.

My, Polacy, uwielbiamy celebrować tragedie.

Czasami nawet wydaje mi się, że po cichu na to liczymy. Uwielbiamy żyć sprawami czyjegoś nieszczęścia i robić z tego ogólnokrajowe święto. Wierzymy w te brednie, którymi jesteśmy nieustannie karmieni, próbując nawet samemu prowadzić dochodzenia w sprawach poszkodowanych (Ewa Tylman, Magdalena Żuk).

To tak, jakbyśmy wymyślili warunek na żałobę narodową.

Jeśli (liczba zgonów > 60)
Żałoba narodowa!

I czekali na to. Patrzyli jak szczerbaty na sucharki na te migające, oczojebne tytuły w wiadomościach mówiące o liczbie polskich ofiar.

“Bo będzie o czym gadać.”

Nie będzie. A jeśli myślisz, że będzie, to polecam ci wejście w skórę osoby, która naprawdę straciła kogoś bliskiego w takim wydarzeniu.

A jeśli nadal uważasz, że to, czy wśród ofiar jakiegoś zamachu nie ma Polaków jest informacją naprawdę dla większości z nas istotną, polecam wyjście na ulicę i pytanie o to każdego z osobna. Bo przecież kiedyś tam, dawniej, mógł umrzeć jego prapradziadek. Co z tego, że z przyczyn naturalnych.

A to przecież Polak był. Katolik.