Festiwal Najlepszych Restauracji – czyli Restaurant Week, to cykliczne, coraz bardziej popularne wydarzenie odbywające się w większych miastach Polski nieprzerwanie od 2014 roku. To już 3 edycja, w której brałem udział i była ona na tyle nietypowa, że muszę się z wami podzielić swoimi spostrzeżeniami oraz przemyśleniami. Nie tylko po to aby zachęcić, ale również po to, aby przestrzec.

O co chodzi w Restaurant Weeku?

W wydarzeniu uczestniczą autorskie, najlepiej wyselekcjonowane i podobno najlepsze restauracje konkretnych miast. Każda z nich oferuje gościom do wyboru 2 staranie przygotowane trzydaniowe menu, z których możemy wybrać tylko jedno i płacąc 39 złotych za stolik spróbować tego, co ma nam do zaoferowania.

Wydaje mi się, że oprócz samych doznań smakowych, całą ideą festiwalu jest chęć przybliżenia ludziom innego stylu jedzenia, edukacji kulinarnej i odmiennego spojrzenia na wspólne, czasami rodzinne wychodzenie do restauracji, które w naszym kraju ciągle stoi na niskim poziomie. Wiecie o co chodzi – taka reklama. Właściciele restauracji wiedząc, że w evencie bierze udział mnóstwo osób, powinni chcieć zaprezentować się od jak najlepszej strony, by ludziom nie tylko wszystko odpowiadało, ale przede wszystkim by byli zadowoleni na tyle, że bezdyskusyjnie do nich wrócą. To coś jak przyciąganie do siebie nowych podniebień, które zdecydują się na następne wizyty.

I o ile w jednym przypadku wszystko było jak najbardziej w porządku, o tyle w drugim coś poszło nie tak. I powodów tego stanu rzeczy mogło być wiele.

 

Restauracja Augusta

Bulwar Kurlandzki na wysokości ul. Gazowej, Kraków

 .

Na pierwszy ogień poszła barka Augusta – restauracja zacumowana w nurcie Wisły na Bulwarze Kurlandzkim, zaraz przy kładce Bernatka. Na dwóch pokładach możemy spróbowąć tradycyjnych włoskich dań jak również innych, bardziej nowatorskich, autorskich – tworzonych przez szefa kuchni Jacka Krzyżostanka. Zachęcony pozytywnymi opiniami (dzięki Haveabitein!) i brakiem w menu tak bardzo teraz popularnych policzków wołowych/wieprzowych (moda na podroby nadal trwa, ale już do przesady) zdecydowałem, że właściwie czemu nie? Miałem się tam wybrać już od dłuższego czasu, a nie znalazłem ku temu lepszej okoliczności niż właśnie Restaurant Week, który teoretycznie mi – jako gościowi – powinien pomóc w wyborze ciekawej restauracji na przyszłość.

Rozczarowałem się już na samym początku, kiedy posadzono mnie przy stoliku, do którego przykleiła mi się ręka. Na obrusie pełno okruchów po poprzednich gościach, no ale przecież, jak powiedziała mi kelnerka, nie byłem zwykłym gościem, tylko tym przychodzącym w ramach spędu zwanego Restaurant Weekiem. Wokół pełno gości, stare twarze wychodzą, nowe przychodzą, a ja musiałem sobie zaczekać.

Długo. Jakieś 30 minut. Wtedy na stole wylądowały przystawki. Widocznie chcieli wziąć mnie głodem, żebym przypadkiem nie próbował wyostrzyć zmysłów, a jedynie spałaszował cokolwiek czym mnie poczęstują.

.

Przystawki

Pierwszą z nich była zupa – krem z białej rzodkwi, szpinaku, pora, z dodatkiem suszonego pomidora oraz sera feta z miętowym pesto. Brzmi bardzo ekskluzywnie i wykwintnie, jednak uwierzcie mi – nie smakowało tak dobrze. Fatalnie też nie było, jednak przy tej klasy wydarzeniu spodziewałem się czegoś więcej niż tylko chłodnego kremu bez żadnego konkretnego aromatu. Poza tym – zaserwowanie zimnej zupy przywodzi na myśl klimaty szpitalne, a nawet więzienne – a nie wydaje mi się, żebym w ostatnim czasie popełnił jakieś przestępstwo.

Drugą przystawką były liście winogron faszerowane jagnięciną i kuskusem podawane z sosem limonkowym. W tym przypadku również arktyczny powiew na talerzu i wydaje mi się, że bardziej adekwatną nazwą dania byłaby po prostu kasza kuskus skutecznie zabijająca fakturę i delikatny smak prawie niewyczuwalnej cielęciny, zawinięta w przesuszony, niemożliwy do przekrojenia liść winogrona. Sos był przyzwoity i intensywny, jednak bezskutecznie próbujący uratować cały talerz – samemu po prostu nie mógł wygrać tej walki.

.

Dania Główne

Kolejne dania to kolejne 40 minut czekania. W przybliżeniu oczywiście – w końcu nie stałem tam z zegarkiem w ręku bo zwyczajnie nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Gdy jednak talerze w końcu znalazły się na kraciastym obrusie, pierwsze co przyszło mi na myśl to – kiełki, kiełki, jeszcze więcej kiełków!

Pierwszym daniem głównym była ryba – filet z barweny z soczewicą bio, purée z pieczonego kalafiora z prosecco i sosem z jagód goi. W towarzystwie kiełków oczywiście, bo przecież wygląda to tak ładnie i nowatorsko! Intensywny smak barweny dominował na całym talerzu gdyż nie miał żadnego godnego rywala – w purée kalafiorowym brakowało tego  owocowego pazura, które mogło zapewnić prosecco i pozostawał on przez to zwyczajnie mdły – nic wybitnego. Sos – ponownie – całkiem przyzwoity.

Druga potrawa to polędwiczka wieprzowa sous-vide z pikantnym ragu jabłkowo – morelowym, ziemniakami konfitowanymi w gęsim tłuszczu i sosem balsamicznym. Metoda próżniowania sama w sobie nie daje jakiegoś genialnego efektu, a jedynie pozwala wydobyć na wierzch naturalny smak i aromat produktu, którego – nie ukrywajmy – polędwiczka wieprzowa zwyczajnie nie posiada. Była soczysta i krucha, jednak brakowało w niej po prostu smaku, który i tak ginął w słodkim (zamiast pikantnego) ragu jabłkowo – morelowym. Co do konfitowanych (gotowanych) w gęsim tłuszczu ziemniaków – nie chcę się wypowiadać. Albo moje kubki smakowe nawaliły, albo po prostu niczym nie różniły się one od tych podawanych do schabowego w niedzielny obiad u mojej babci.

.

Desery

Tym razem, nauczony doświadczeniami sprzed kilku minut, wziąłem do ręki zegarek i sprawdziłem o której godzinie zaserwowano dania główne. Po tym, jak obsłużono innych gości, którzy przyszli do lokalu po mnie, po prostu się we mnie zagotowało. Pytając o to, dlaczego muszę czekać na deser niemal 50 minut, dostałem odpowiedź, że „bloczki z Restaurant Weeka są rozpatrywane w drugiej kolejności”. To tylko świadczy o jakości obsługi, która – co tu dużo mówić – kuleje.

Po krótkim upomnieniu się o swoje, desery wylądowały na stole 5 minut później. I wydawało mi się, że były zrobione przez kogoś zupełnie innego. Kogoś, kto nie podałby gościom takiej przystawki i takiego dania głównego. Czy to poganianie naprawdę było konieczne?

Tartoletka na ciepło z rabarbarem pod kruszonką migdałową i cynamonowymi lodami oraz ciasto francuskie z kremem mascarpone z dodatkiem marakui i sosem kokosowym z liściem kafiru były po prostu wyborne. Wszystko było tu na swoim miejscu – przenikanie się faktur, konsystencji i smaków, a także zabawa z łączeniem się ciepłego i zimnego sprawiły, że dostałem swoją rekompensatę. To znaczy częściowo.

 

Podsumowanie

Restaurant Week był dla Augusty okazją do zaprezentowania się w jak najlepszym świetle i szansą na przyciągnięcie do siebie nowych gości. Niestety - nie wyszło tak, jak powinno. Przynajmniej w moim przypadku. Na przeciętne dania można przymknąć czasami oko, jednak gdy idzie to w parze z niekompetencją obsługi i traktowaniem gościa jak kogoś, kto zje wszystko bo ma kupon z Groupona, po prostu nie przystoi restauracji tej klasy.
Klimat 4.0
Obsługa 2.0
Jakość potraw 5.0

Skomentuj

Bądź pierwszy!

avatar
wpDiscuz