Nie będę ukrywał, że Lwów, oprócz wielu zabytków, to także miejsce gdzie możemy odwiedzić wiele doskonałych restauracji. Grzechem byłoby o tym nie wspomnieć – głównie dlatego, że jednym z celów mojej wyprawy w tamte rejony było właśnie zjedzenie czegoś naprawdę dobrego. Każdy czasami głodnieje, ale niektórzy częściej.

Wpis ten jest drugim z trzech dotyczących mojego wyjazdu do Lwowa. To, co tam zobaczyłem przerosło moje oczekiwania i dlatego artykuł został rozbity na trzy części – to zdecydowanie lepsze wyjście niż zamęczać czytelników sporych rozmiarów esejem. Poniżej dodaję odnośniki do każdego z wpisów, ostatni ukaże się w niedalekiej przyszłości.

Lwów #1 – okiem Polaka

Lwów #3 – jak polubiłem Polskę

.

Restauracja Baczewski (ul. Szewska 8)

111

Obowiązkowy punkt na kulinarnej mapie Lwowa. Swoim klimatem nawiązuje do przedwojennej, tradycyjnej kuchni galicyjskiej oraz słynnego producenta wódek i likierów – Józefa Baczewskiego. Nie pomylę się, jeśli określę ją jako restaurację ze światowym wręcz poziomem – zarówno pod względem wystroju, jak i jakości serwowanych dań oraz sprawności obsługi.

W środku mamy do dyspozycji kilka bardzo przestronnych sal rozmieszczonych na trzech kondygnacjach. W piwnicy, pod ziemią, znajduje się jedno duże pomieszczenie wraz z kilkoma małymi, bardzo klimatycznymi salami. Bardzo ciężko o znalezienie miejsca w godzinach popołudniowych i wieczornych, jednak zdecydowanie polecam wybrać się tam na obiad – unikamy wtedy dużych tłumów i nie musimy czekać przy wejściu aż coś się zwolni.


Wystrój lokalu
jest naprawdę wykwintny i nieco w stylu retro, którego w wielu miejscach już zwyczajnie nie uświadczymy. Wiele restauracji nad tradycję przedkłada obecnie nowoczesność i nie mówię, że jest to zły pomysł, ale na pewno inny. Obsługa jest niezwykle sprawna, a dodatkowo na stołach leżą malutkie przyciski, dzięki którym, jeśli tylko czegoś potrzebujemy, możemy wezwać kelnera.

Ceny, jak na polskie warunki, są naprawdę przystępne. Za trzydaniowy obiad (przystawka, danie główne, deser + napoje) dla dwóch osób zapłaciliśmy około 100zł i uwierzcie mi – to nie był zwykły schabowy z kapustą, ale coś znacznie, znacznie ciekawszego w smaku. Może dlatego odwiedzenie restauracji tylko raz w trakcie trzydniowego pobytu byłoby dla nas grzechem i cóż, znaleźliśmy się tam trzykrotnie.

 

Co jedliśmy?

Z czystym sumieniem mogę polecić każde jedno danie, które możecie tam dostać. Każdy powinien znaleźć coś dla siebie i trafić w najbardziej odpowiadające swojemu podniebieniu smaki.

  • Sałatka nowolwowska – z kaczką, miodową gruszą i żurawiną, ze smażonym panierowanym serem pleśniowym. Bardzo orzeźwiająca dzięki mięcie, lekko słodkawa poprzez zawartość owocowych smaków. Orzeszki ziemne nadają daniu innej, ciekawej faktury.
  • Sałatka Pani Teliczkowej – wędzona sałatka z pikantną cielęciną, ziemniakami i marynowanym ogórkiem pod zaprawą musztardową. Podawana ciepła.
  • Barszcz czerwony z uszkami – tradycyjny barszcz galicyjski. Jest niegęsty, bardzo bulionowy, bez ziemniaków, kapusty i fasoli, jednak z uszkami z pysznego ciasta z grzybowym nadzieniem.
  • Cielęcina z foie gras – cielęcina z podsmażonym pasztetem z gęsich wątróbek, podana na kremowym, śmietankowym puree z ziemniaków. Dodatkowo serwowana z sosem holenderskim, pesto z zielonego groszku i skropiona octem balsamicznym.
  • Stek wołowy – zamówiony w wersji medium; coś dla miłośników soczystych kawałków mięsa (czyli MU). Przyprawiony solą i pieprzem, podawany z grillowanymi warzywami: bakłażanem, pomidorem oraz cukinią.
  • Chłopski rozum – mózg cielęcy w jajku z pomidorem i serem bryndza, zapieczony w owalnym naczyniu. Podawany ze śmietankowym puree z ziemniaków.
  • Sernik Lwowski – wyborny deser, podawany z dżemem truskawkowym i wisienką.
  • Ptysie – ciasto parzone, polewane czekoladą.
 .

Bruderschaft (ul. Wirmeńska 16/1)

Ta restauracja to taki mały klejnocik, znaleziony przez nas właściwie przypadkowo. Zbliżała się pora obiadowa, a my wędrując uliczkami Starego Miasta zaczynaliśmy powoli głodnieć – zupełnie niezamierzenie weszliśmy w ulicę Wirmeńską i zwabił nas polski napis „jelenina”. I tak nam się spodobało, że wróciliśmy tam raz jeszcze.

Wystrój przywołuje na myśl pewnego rodzaju karczmę – jest atrakcyjny, autentyczny i dopasowany do serwowanych dań. Wrażenie klimatu myśliwskiego jest tutaj jak najbardziej na miejscu – kuchnia specjalizuje się właśnie w posiłkach tego typu i chyba nie ma we Lwowie nic lepszego biorąc to pod uwagę.

Menu jest w języku polskim, ceny są jak najbardziej przystępne. Polecam odwiedzić lokal w godzinach wieczornych i zjeść coś dobrego na kolację – asortyment dań był bardzo uszczuplony w porze obiadowej – nie można było dostać jeleniny, królika i sarniego combra.

Co jedliśmy?

  • Pieczony bażant – mięso mocno przeciętne, podawane właściwie bez żadnych dodatków.
  • Foie gras – pasztet z gęsich wątróbek z sosem z owoców leśnych. Podawany z pieczonym jabłkiem oraz miętą. Niebo w gębie.
  • Jelenina – grube kawałki mięsa duszone na patelni, podawana w sosie z dodatkiem papryki i warzyw.
  • Cielęcina – duszona, prosto z patelni, podawana z warzywami w sosie myśliwskim.

.

Strudel Haus (ul. Szewska 6)

O Strudlu słyszeliśmy wiele pochlebnych opinii, dlatego zdecydowanie należało to sprawdzić. Każdy ma czasem ochotę na coś słodkiego – jedni bardziej, inni mniej, jednak pierwsze i ogólne wrażenie po wyjściu z lokalu jest takie, że miejsce to jest przereklamowane i zwyczajnie przeciętne, jak na Polskie standardy.

Strudel to charakterystyczne, kruche, wielowarstwowe ciasto deserowe ze słodkim nadzieniem i posypywane cukrem pudrem. Bardzo podobne do ciasta półfrancuskiego, podawane na ciepło w towarzystwie pysznego sosu. Był popularny na ziemiach dawnej Galicji, czyli między innymi w Krakowie i we Lwowie.

Co do samej restauracji – w środku jest bardzo mało miejsca; zaledwie kilka stolików przy których można usiąść. Ceny są bardzo niskie – koszt jednego deseru to około 6-7zł.

Oprócz niewątpliwie całkiem smacznych ciast możemy tam liczyć na kawę, herbatę lub inne słodkości. Spodziewałem się cudów, ale właściwie oprócz przepięknej kompozycji na talerzu, nie otrzymałem nic poza tym. Smak był w porządku, jednak drożdżówki smakują lepiej. Słodkie nadzienie w połączeniu z jeszcze słodszym sosem sprawiały, że po pewnym czasie zaczynały od tego boleć zęby.

.

Nalewki

Lwów z tego słynie, zdecydowanie. Trunki alkoholowe dostępne są właściwie wszędzie: w kioskach, monopolach, pubach, restauracjach, kawiarniach, specjalnych sklepach, a nawet na stoiskach z pamiątkami (stoją obok pluszowych misiów). Trzeba stwierdzić, że tamtejsze nalewki są naprawdę wyborne i grzechem byłoby nie spróbowanie kilku podczas pobytu we Lwowie.

Do dyspozycji mamy dziesiątki smaków i rodzajów: na pewno każdy znajdzie coś najbardziej sobie odpowiadającego. Wybór nie jest wcale ograniczony – chyba, że przez naszą wyobraźnię. Pieprzówki, chrzanówki, wiśniówki, cytrynówki, gruszkówki, śliwkówki, kalinówki, na mleczu, na brzoskwini, na jabłku z cynamonem, a nawet na kawie! Istny raj dla wielbicieli nalewek.

W sklepie z nalewkami koszt półlitrowej buteleczki oscyluje w granicy 10-15 zł, więc nie jest to zdecydowanie wygórowana cena. Dodatkowo oczywiście mamy możliwość skosztowania czego tylko chcemy przed zakupem.

Warto także przypomnieć, że przez granicę można przewieźć jedynie litr wysokoprocentowych trunków na osobę. Wobec tego należy korzystać z okazji i próbować wszystkona miejscu, wszędzie gdzie się tylko da! Drugiej takiej okazji może nie być.

 

 

Skomentuj

Bądź pierwszy!

avatar
wpDiscuz